[trasa: Zwardoń - Wielka Racza - Rycerzowa - Krawców Wierch - Hala Górowa -
Przeł. Głuchaczki - Medralowa - Babia Góra - Przeł. Krowiarki]
Pierwsza niespodzianka dla mnie to wagony w “Batorym” – gdy zobaczyłem na
miejscówce (za 2zł) tekst “wagon bez przedziałów” spodziewałem się czegoś w
stylu naszych pociągów podmiejskich. A tu zaskoczenie – bardzo porządne,
węgierskie wagony i dużo miejsca na nogi (korzystne przy nieprzeciętnym
wzroście
). Bilet studencki z W-wy do Zwardonia kosztuje 30zł.
Po dotarciu do Zwardonia ruszyliśmy czerwonym szlakiem w stronę Skalanki. Z
dotarciem tam większych problemów nie było, poza tym, że za schroniskiem w
Zwardoniu za bardzo wzięliśmy sobie do serca główną drogę i zrobiliśmy
piękne kółko wokół Dworca Beskidzkiego
. W Skalance szybka herbatka i do
spania. Rano okazało się, że oprócz ludzi chatkę zamieszkują również jakie
wredne pluskwowate stworki… czym prędzej wynieśliśmy się więc na zewnątrz,
żeby się z nimi za długo nie integrować.
Na Wielkiej Raczy, jak już ktoś niżej wspomniał, nie można było rozbić
namiotu, więc pozostał nam nocleg za 20zł, tym razem już bez robaczków.
Prysznic za darmo, ale za to bez ciepłej wody (“nie będziemy palić w piecu
dla trzech osób”). Wrzątek po 1zł/litr.
O drodze z Przegibka na Rycerzową zadecydował przypadek. Ponieważ na trzy
osoby jedna chciała iść grzbietem, druga trawersem, a trzeciej było
obojętne, wyboru dokonaliśmy za pomocą patyczków, i skończyło się (dla mnie
niestety) na wersji leniwej i bezwidokowej, czyli niebieskich znakach po
trawersie. Spomiędzy Wielkiej i Małej Rycerzowej można było obejrzeć piękny
zachód słońca, który tworzył zapierającą dech w piersi grę kolorów na całej
hali. Ogniska nie było gdzie rozpalić, a efekt był taki, że wieczorowi
towarzyszyła raczej niska temperatura. W związku z tym po krótkiej,
śpiewającej integracji ze współbiwakującymi czym prędzej wskoczyliśmy do
śpiworów. Wrzątek co łaska, prysznic (ciepły) – 3zł, za nocleg we własnym
namiocie 5zł/osoba.
Z powodzeniem udało nam się dotrzeć na mszę w Soblówce (o 11.00), gdzie
wzbudziliśmy chyba spore zainteresowanie miejscowych, a plecaki stały się
obiektami zainteresowań najmłodszych mieszkańców wsi
.
Po zrobieniu w Glince zakupów na kolejne trzy dni (a’la market otwarty w
niedziele do 14 z hakiem) przyszło wspiąć się na Krawculę. Świeżo nabyte
jedzonko dawało o sobie znać, do tego alergia na trawy dała nam się nieźle
we znaki; morale zatem lekko się obniżyło, jednak po dotarciu do bacówki
podskoczyło natychmiast! Obejrzeliśmy kolejny piękny zachód słońca, ale na
tym nie skończyły się wrażenia na tamten dzień – oto tuż po zachodzie Szymon
(bacówkowy) uraczył nas pięknym graniem na dudach oraz góralską pieśnią, po
czym zaczęliśmy wspólnie z nim ćwiczyć grę na trombicie i fujarce
pasterskiej. To dopiero była zabawa! Ciepła woda do mycia (prysznic) i picia
(wrzątek) za darmo, nocleg w namiocie 5zł od łebka.
“Lajtowe” – jak to określił bazowy na Hali Górowej – przejście do bazy
namiotowej rzeczywiście nie było nazbyt męczące, tyle że słońce grzało
niemiłosiernie, a do tego mieliśmy nieodparte wrażenie, że bracia Słowacy są
wielkimi optymistami, jeśli chodzi o czasy przejść na szlakach…
szczególnie przy ocenie czasu podejścia z Krawculi na Trzy Kopce. A na
Górowej załapaliśmy się na pierwsze podczas naszej wędrówki ognisko
.
W bazie nocowała również jakaś wycieczka, którą próbowaliśmy nakłonić do
wspólnego śpiewania, niestety z marnym skutkiem (ale nie zerowym – trzy
osoby zostały
). W każdym razie było bardzo sympatycznie.
Strasznie podobał mi się las z paprociami, oświetlony przez słońce,
przebijające się przez drzewa, którym to lasem biegnie początkowy odcinek
szlaku z Miziowej na Przeł. Glinne. Na przełęczy nieomal czołowo zderzyliśmy
się z pogranicznikiem na motorze, szczęśliwie skończyło się na krótkiej
rozmowie. Dość męczące było podejście pod Jaworzynę, a to ze wględu na
łąkowy mikroklimat, do złudzenia przypominający warunki w saunie. Rozbiliśmy
się w bazie na Głuchaczkach, gdzie spotkaliśmy dwie niezależne ekipy,
podążające ku Bieszczadom (z Ustronia). Ciekawie rozwiązano na Głuchaczkach
problem prysznica – jest tam coś na kształt przepływowego ogrzewacza wody,
korzystającego z energii słonecznej. Oto po raz pierwszy w górach nie lada
problem stanowiła nie za zimna, lecz za ciepła woda pod prysznicem
.
Wieczorkiem przez bazę przeszła tranzytem grupa śmiałków, zmierzających na
wschód słońca na Babią. Nie wiem, jak im to wyszło, ale biorąc pod uwagę
niezłą burzę, która nad bazą przeszła po zachodzie słońca, grupa owa mogła
mieć niezłą zabawę. A myśmy grali i śpiewali przy ognisku, dopóki deszcz nie
przegonił nas pod wiatę.
Mimo ambitnych planów, wywlekliśmy się ze śpiworów dopiero przed 10 rano, co
zaowocowało wyruszeniem w dalszą drogę w godzinach zbliżonych do południa.
Podejście na Mędralową było bardzo błotniste, jako że prowadziło dość świeżą
drogą zrywkową. Gdy już ruzyliśmy z Mędralowej, głównym obiektem naszego
zainteresowania stała się pogoda – coby móc później podjąć rzetelną decyzję
o zdobywaniu (bądź też nie) Diablaka [czyli Babiej].
A pogoda zmieniała się, jak to w górach, od czasu do czasu strasząc
gromadzącymi się ciemnymi chmurami, które szczęśliwie były rozwiewane ze
stuprocentową skutecznością. Na szczycie Babiej wylądowaliśmy koło 17 i
byliśmy tam jedynymi gośćmi (chwilkę potem przetoczyła się rodzinka w obuwiu
sportowym). Widoczki z Babiej były tak wspaniałe, że postanowiłem złamać
swoją żelazną zasadę i zadzwoniłem ze zdobytego szczytu, aby powiadomić
rodzinkę, że żyję i powiedzieć, co widzę. Zejście na Krowiarki polegało na
tym, że nogi właściwie same nas niosły, a my podświadomie podążaliśmy w dół
wraz z nimi. Mimo błogosławionych kijków, kolana zaczęły dawać się we znaki.
Nieco poniżej Krowiarek złapaliśmy stopa w postaci Fiata 125p z dwoma
młodymi pasażerami. Usłyszeliśmy: “Jak się zmieścicie, to wskakujcie” i czym
prędzej ulokowaliśmy się we trzech na tylnym siedzeniu, a razem z plecakami
wypełniliśmy całą przestrzeń z tyłu auta. Może to i dobrze, bo nie
oglądaliśmy dzięki temu brawurowych manewrów kierowcy, a jedynie je
czuliśmy. Dzięki temu transportowi załapaliśmy się na busa do Suchej, co
zaoszczędziło nam czekania na autobus o 21.15. A w Suchej pizza i do
pociągu…
Podsumowanie, wrażenia itd…
- koszt całego wyjazdu zamknął się w 200zł
- już wiem, dlaczego wszyscy mówią, że na Krawculi jest tak fajnie ![]()
- przechodzący chrzest bojowy palnik Primus Micro sprawdził się znakomicie
przy sporządzaniu obiadków (paw)
- w końcu wychodziłem małą złotą GOT
Recent Comments